W obronie ekonomii przed liberałami

„Uderz w stół, a nożyce się odezwą”. Tak w skrócie można streścić artykuły z Gazety Wyborczej autorstwa G. Wójtowicza, A. Rzońca [1] oraz W. Gadomskiego [2] krytykujące opinię S. Sierakowskiego nt działalności edukacyjnej NBP. Czymże zasłużył sobie redaktor Sierakowski na taką reakcję? Przyjrzyjmy się sporowi bliżej.

„Oświata” w wydaniu NBP.

Naczelne miejsce w replikach zajęła formuła edukacji prowadzonej przez Narodowy Bank Polski. Nikt nie kwestionuje potrzeby istnienia takiej działalności. Nikt także nie kwestionuje przyjętych wzorców dydaktycznych, w szczególności aktywności Banku Anglii na tym polu. Istotą problemu jest fakt, że edukatorzy NBP w sposób wybiórczy prezentują dorobek nauk ekonomicznych, starając się propagować jeśli nie wyłącznie, to głównie tezy i ustalenia z nurtu liberalnego. Tymczasem w współczesnej ekonomii wyróżnić można co najmniej trzy metanurty: liberalny (zawierający szkołę klasyczną, neoklasyczną, monetarystyczną itd.), keynesowski oraz radykalny (w nim zawiera się np. myśl socjalistyczna czy katolicka doktryna społeczno-ekonomiczna). Oprócz tychże wymienionych są naukowcy, którzy nie dają się zaszufladkować pod żaden z nich, czerpiąc z dorobku kilku nurtów jednocześnie. Rzetelne nauczanie wymaga, aby prezentować dorobek wszystkich z nich. Niestety tej cechy nie posiada działalność NBP, która nie tylko bezkrytycznie przedstawia myśl liberalną, ale także dezawuuje dorobek pozostałych nurtów, o czym mogliśmy się przekonać czytając wywody członków NBP. Fakt ten szczególnie niepokoi, w sytuacji gdy tym szkoleniom mającym znamiona propagandy podlegają młodzi ludzie w wieku szkolnym. Naprawienie szkód w okresie późniejszym powstałych w wyniku indoktrynacji, jak poucza psychologia, jest bardzo trudne, wręcz niemożliwe. Należy zgodzić się, że program nauczania nie powinien schlebiać wszystkim panującym poglądom w społeczeństwie, lecz zawierać aktualny stan wiedzy. Nie mniej, reguła nie może w drastycznej formie zostać zastosowana w relacji do ludzi i instytucji odpowiedzialnych za kształtowanie ustroju gospodarczego. Instytucje te muszą bowiem wychodzić naprzeciw potrzebom członków społeczeństwa, dla których przecież gospodarka jest budowana.

Koszty pracy i podatki w Polsce na tle państw OECD

Wiele miejsca autorzy replik poświęcili obronie przebrzmiałych tez, a raczej fałszywych medialnych stereotypów ekonomicznych nt gospodarki. Szczególnie źle jawi się fałszywa teza o wysokich obciążeniach podatkowych i parapodatkowych pracy pośród krajów OECD i mającego stąd rzekomo wynikać niskiego wzrostu gospodarczego i wysokiego bezrobocia. Dostępne dane nie dają możliwości podtrzymania tych stwierdzeń (www.oecd.org).
Z wskaźnika pt „Taxes on the average production worker”, informującego w warunkach porównywalnych o pozapłacowych kosztach wynagrodzeń, jak podatki, składki ubezpieczeniowe itd., wynika zupełnie inny obraz. Pierwsza piątka krajów o najniższym obciążeniu pracy w roku 2003 przedstawia się następująco: Korea Płd. - 14,1%, Meksyk - 17,3, Nowa Zelandia - 20,6, Irlandia - 24,5, Japonia – 27,0. Średnia tej piątki wynosi w zaokrągleniu 21%, natomiast dla Polski wskaźnik ten wynosi 43%, różnica między nimi zatem wynosi 22%. Oznacza to, że na każde 1000 zł wynagrodzenia (wraz z wszystkimi obciążeniami), polska firma odprowadzi więcej podatków i składek o 220 zł. Odbija się to tym samym na wynagrodzeniu wypłacanemu w gotówce pracownikowi. W przypadku następnej dziesiątki krajów Australia, Szwajcaria, Islandia, USA, Wielka Brytania, Luksemburg, Kanada, Portugalia, Grecja, Norwegia), różnica ta wszakże maleje już do 100 zł. Co więcej w przypadku ostatniej dziewiątki krajów o najwyższych obciążeniach (Holandia, Czechy, Finlandia, Austria, Włochy, Węgry, Szwecja, Francja, Niemcy, Belgia), udział składek i podatków polskiego przedsiębiorcy jest niższy średnio o 4% tj. 40 zł na każde 1000 zł. W stosunku do państw starej unii w Polsce koszty są wyższe o 2%. Trudno uznać taką różnicę za nieznośnie wielki ciężar. Wszystkie spośród wymienionych krajów o wyższych obciążeniach, mają znacząco niższą stopę bezrobocia niż Polska.
Nie znajduje w dorobku współczesnej ekonomii potwierdzenia teza o daninach publicznych jako głównej przyczynie bezrobocia. Inne przyczyny bezrobocia wymienia M. Friedman, inne natomiast nie mniej znany F. Perroux.
Warto też zauważyć, że w państwach wysoko rozwiniętych wynagrodzenia są znacznie wyższe nominalnie (średnie i minimalne), co oznacza, że firmy tych krajów ponoszą wielokrotnie wyższe nakłady na płace, niż ma to miejsce w kraju nadwiślańskim. Zupełnym nieporozumieniem jest natomiast twierdzenie, że Polskę cechuje wysoki fiskalizm, mierzony relacją przychodów podatkowych do PKB. W okresie 1993-2001 udział ten w przypadku Polski spadł z 42,4% do 33,6%, lokując nas na 10. pozycji, spośród 30 państw. Dla porównania pierwsza piątka krajów OECD o najniższym fiskalizmie: Meksyk – 18,9%, Korea Płd. – 27,2%, Japonia – 27,3%, USA – 28,9%, Irlandia – 29,9%. Różnica między Polską, a przywoływaną wielokrotnie Irlandią wynosi 3,7%, Średnia dla krajów OECD wynosiła 36,9%, a UE15 – 41.0%, co lokowało nas pośród krajów o jednym z najniższych poziomów fiskalizmu, a na pewno poniżej obu wartości średnich. Wskaźnik dla Polski nie ujmuje przeprowadzonych w latach późniejszych szeregu reform, jak 19% CIT, zwolnienia z ZUS dla pierwszych przedsiębiorców, refundacja wynagrodzeń dla zatrudnionych bezrobotnych, obniżenie pensji minimalnej o 20% dla absolwentów, wreszcie darmowa praca stażystów itd.

Cios głoszonym tezom liberałów nt cudownego długofalowego wpływu niskich podatków na rozwój gospodarczy zadali naukowcy z Institute on Taxation and Economic Policy w USA, publikując analizę pt „Analysis of the Cato Institute's The Case Against a Tennessee Income Tax" w grudniu 1999 roku. Wniosek był jednoznaczny. W stanach, w których brak było podatku dochodowego w okresie nawet 200 lat (niższych podatków jak ich brak już być nie może) w porównaniu z stanami, w których taki podatek występował, nie odnotowano statystycznie istotnych różnic w poziomie rozwoju gospodarczego.

W kontekście rozwoju przytoczony został ranking wolności gospodarczej (Heritage). W mniemaniu liberałów, państwa najwyżej notowane, mają najlepsze warunki do prowadzenia działalności. Co za tym idzie, sprzyjają bogaceniu się. Gdy jednak spojrzymy w metodologię, to okazuje się, że najwyżej punktowane są nie tylko czynniki powszechnie uznane za pro rozwojowe, ale również takie, które można by określić mianem antyludzkich. Jak bowiem nazwać fakt, że najwyżej punktowane niskie płace pracowników (niski udział), brak płacy minimalnej lub bardzo niski jej poziom czy brak związków zawodowych? Czy ich rolę określa jednoznacznie ekonomia? Ależ nie! Naukowcy Alan B. Krueger i Lawrence H. Summers mają inne zdanie nt roli tych czynników w gospodarce. Twórcy rankingu nie uwzględnili także negatywnego wpływu np. stowarzyszeń pracodawców, które są zaprzeczeniem idei wolnego rynku, ale skrzętnie uderzają w stowarzyszenia pracownicze. Tak więc ranking ten premiuje rozwiązania antypracownicze, a pomija w dużym stopniu rozwiązania antyrynkowe z strony przedsiębiorców. Gdyby nie uwzględnione w strukturze wskaźnika czynniki pro rozwojowe, śmiało by można określić ten ranking terminem stalin-rank, jako wskaźnik poziomu ucisku ekonomicznego pracowników najemnych.

Rola gospodarki i jej wzrostu w podnoszeniu stopy życiowej

Podobnie absurdalnym zarzutem jest teza o kwestionowaniu zasadności działań na rzecz wzrostu gospodarczego. Wzrost gospodarczy jest warunkiem koniecznym, aczkolwiek nie wystarczającym dla poprawy stopy życiowej ludności. Drugim niezbędnym warunkiem jest podział wytworzonego dochodu narodowego w takiej formie, która nie wyklucza z spożycia dużych grup społecznych, jak również nie wyklucza pracowników najemnych z uczestnictwa w wytworzonym przyroście dochodu narodowego. Z badań Oxfam International wynika jednozczanie, że najszybszy rozwój społeczno-gospodarczy osiągają te państwa, w których podział wytworzonego dochodu ma charakter egalitarny. Im korzystniej dla biednych dzielony jest dochód narodowy, tym szybciej następuje redukcja nędzy i ubóstwa, co staje się podstawą dalszego szybkiego rozwoju przedsiębiorstw operujących na rynku krajowym. Oczywiście pewien poziom zróżnicowania dochodów jest konieczny i pożyteczny zarówno na rzecz szczególnego wynagradzania osób ponadprzeciętnych, jak również w celu umożliwienia dokonania akumulacji. Nie mniej rozwój gospodarczy, któremu towarzyszy spychanie mas pracowników w obszary skrajnego ubóstwa, jest zaprzeczeniem podstawowego celu gospodarczego, jakim jest umożliwianie i ułatwianie zaspokajania potrzeb materialnych i niematerialnych wszystkich, a jeśli to nie nierealne, to możliwie największej grupy uczestników życia społeczno-gospodarczego. Jest to esencja tezy także liberalnego ekonomisty St. Milla, - maksimum korzyści dla maksimum jednostek.

Rola pieniądza

W swej polemice, autorzy odnieśli się do pieniądza, głównie w kontekście inflacji. Tymczasem zasadniczą rolą jego to nadanie wspólnego miana dla wyceny dóbr, które to miano umożliwia zaistnienie rachunkowości i jej pochodnej księgowości – działań niezbędnych w każdym przedsięwzięciu ekonomicznym. Dążenie do uzyskania pieniądza to nie tylko wynik chciwości, ale także przymus wynikły z konieczności podtrzymania własnej egzystencji społecznej i biologicznej poprzez zakup wymaganych w tym celu dóbr i usług. Istotą pieniądza jest umożliwienie transakcji kupna-sprzedaży w współczesnych gospodarkach. By wszakże ona mogła się odbywać bez zakłóceń, pieniądz w toku operacji gospodarczych powinien rozpływać się do wszystkich uczestników gry rynkowej. Stąd tak ważna rola sprawiedliwego podziału dochodu narodowego. Rola, którą kwestionuje cały nurt neoliberalny.

Interesująca na tle tego wszystkiego, co zostało tu powiedziane, jawi się ocena dorobku myśli socjalistycznej. Potwierdza ona, uogólnioną pogardę, jaką żywią liberałowie do ustaleń nurtów nieliberalnych. Autorzy zdają się nie wiedzieć o tych rozwiązaniach, o których z uznaniem wspominał noblista z ekonomii W. Leontief, w swojej pracy „The Significance of Marxian Economics for Presentday Economic Theory”, czy pisanej w latach 70. przedmowie do książki węgierskiego ekonomisty A.Brody'ego „Proprocje, ceny i planowanie”. Prześmiewcy najwyraźniej nie znają wkładu G. Myrdala, S.Kuznetza, W.A.Lewisa, J. Meade’a, J.K. Galbraitha, G. de Bernisa, F. Perrouxa, H.A.Simona czy wreszcie J. Stiglitza. Autorzy drwią również z polskiego dorobku powojennego, zapominając o uznanych w ekonomii światowej fundamentach modelowania komputerowego oraz ekonometrii, jakie stworzył najsłynniejszy w świecie polski ekonomista owego czasu Oskar Lange. Trudno też zgodzić się na zakwestionowanie dorobku J. Drewnowskiego, K. Secomskiego, J. Zagórskiego, E. Lipskiego, M. Kaleckiego, E. Taylora, Z. Sadowskiego, T. Grabowskiego, To o dziwno właśnie w PRL, a nie w IIIRP, pojawiały się finansowane z publicznych środków publikacje z nurtów ekonomicznych przeciwnych ideowo i ustrojowo, jak np. tłumaczenia klasyków ekonomii A. Smitha czy tłumaczenia prac noblistów liberalnych. Ukazywały się też prace prof. Krzyżanowskiego np. „Chrześcijańska moralność polityczna”. Na uczelniach nie wykładano li tylko ekonomii politycznej socjalizmu, lecz również ekonomię kapitalizmu, choć w tym ostatnim przypadku głównie pod kątem krytyki rozwiązań. Tej swobody wyboru nurtu na polskich uczelniach brakuje dziś bardziej, niż w czasach wojującego stalinizmu.

Rzekomy sukces kapitalizmu

Osobny rozdział można napisać by o rzekomym sukcesie kapitalizmu przeciwstawianym rzekomej klęsce obozu socjalistycznego. W roku 1989 na ok. 190 państw zaledwie niespełna trzydziestka obejmowała kraje socjalistyczne. Spośród 160 państw kapitalistycznych zaledwie znów niespełna trzydziestkę można zaliczyć było do rozwiniętych gospodarek o wysokiej stopie życiowej. Przy czym 4/5 z tej bogatej grupy, wchodziło w XX wiek jako przodujące gospodarki. imperialne potęgi ekonomiczne. Zupełnie inaczej było z obozem socjalistycznym. Wszystkie te państwa startowały z poziomu dzisiejszej Afryki równikowej, posiadając przeważający odsetek ludności rolniczej i wysoki analfabetyzm. Po zaledwie 45 latach niemal wszystkie zlikwidowały analfabetyzm, objęły skromną ale powszechną opieką zdrowotną całą ludność, przeprowadzając w różnym stopniu proces przekształcenia struktury gospodarek z surowcowo-rolniczych w przemysłowo-handlową. Gospodarkom socjalistycznym, mimo wielu problemów i niepowodzeń udało się dokonać w ciągu pół wieku to, czego nie zdołał światowy kapitalizm w ciągu 200 lat swego panowania, mimo całej swej potęgi i bogactwa. Współzawodnictwo między socjalizmem a kapitalizmem przypominało nierówną walkę Dawida z Goliatem. W szranki stanęły państwa najbiedniejsze, z grupą państw przodujących, najbogatszych. Wymownym dowodem klęski modelu liberalnego są dwaj światowi producenci ropy naftowej – Wenezuela i Boliwia. Przez całe dziesięciolecia rozwój opierał się o rynek i prywatną własność, w dużym stopniu inwestorów zagranicznych (np. pola naftowe w posiadaniu podmiotów z USA). Nie przełożyło się to jednak na stopę życiową ludności, a gospodarki te są nadobnym przykładem skutków skrajnego wyzysku neokolonialnego i niesprawiedliwego podziału dochodu narodowego tak popieranego przez liberałów. Jaką odpowiedź spotkamy na te fakty? Tylko jedną. Według liberałów, państwa kapitalistyczne, które nie osiągnęły sukcesu najwyraźniej nie posiadały gospodarek kapitalistycznych! Rozumowanie to do złudzenia przypomina twierdzenia bułgarskich komunistów, którzy socjalizm definiowali, jako ustrój w którym ludziom żyje się szczęśliwie i dostatnio. Lecz widząc brak oparcia w rzeczywistości, wyciągali oni wniosek, że w Bułgarii nie osiągnięto dotąd socjalizmu! Milton Friedman pisze w swojej książce „Kapitalizm i wolność” tak: „Sprawny model społeczeństwa zorganizowanego w myśl dobrowolnej wymiany jest gospodarką wymienną wolnej i prywatnej przedsiębiorczości, czyli tym, co nazywamy kapitalizmem wolnokonkurencyjnym.” Każda teoria naukowa musi być weryfikowalna, jak to się mawia, potencjalnie do sfalsyfikowania. Tymczasem owo słowo „sprawny” wyklucza z grona państw kapitalistycznych te gospodarki rynkowe które nie osiągnęły dobrobytu, czyniąc z noeliberalizmu niefalsyfikowalną dogmatyczną półreligijną ideologię przybraną w szatki matematyki. Wystarczy przypomnieć peany na cześć Argentyny w trakcie wdrażania skrajnego neoliberalizmu na początku lat 90. by parę lat później w trakcie kryzysu usłyszeć z ust tych samych osób o tym, że Argentyna pozostawała cały czas państwem socjalistycznym. Ten rodzaj wykluczania materiału empirycznego, który podważa własne hipotezy oraz negowanie dorobku pozostałych nurtów, można określić mianem ekskluzywizmu religijnego i jest on cechą permanentną nurtu liberalnego.

Ekonomia jako nauka

Ekonomia jest nauką, która posługuje się ścisłymi narzędziami opisu świata, chociażby matematyką. Niemniej jednak wyniki obliczeń z tych tak hołubionych „twardych równań gospodarczych” nie są jedyną determinantą w określaniu środków do realizacji nakreślonych celów. Aby się o tym przekonać wystarczy przeanalizować problem bezrobocia. Generalnie bezrobocie można rozładować poprzez dwie drogi. Pierwsza z nich polega na włączeniu grupy bezrobotnych w działalność gospodarczą. Liberałowie w tym miejscu zdadzą się na wolny rynek, promując samozatrudnienie, obniżkę płac i kosztów pracy by przyczynić się do stworzenia miejsc pracy. Z kolei socjaliści będą odwoływać się do interwencjonizmu, np. tworząc z publicznych funduszy przedsiębiorstwa. Jednakże oba te podejścia wymagają dużych nakładów finansowych, które szacuje się na od 60 do 420 miliardów złotych. Nie ma też gwarancji, że wydane środki przełożą się na pełnię sukcesu. Omówione przykłady działań, to jedna droga. Jest jeszcze druga, skrajnie drastyczna - kula w łeb. Koszt tego drugiego rozwiązania jest niższy od pierwszego przeszło tysiąc razy. Z punktu widzenia czystej rachunkowości niekwestionowaną przewagę ma to właśnie drugie rozwiązanie, gdyż przy użyciu o wiele mniejszych funduszy uzyskujemy pewny efekt. Bo przecież pozostając w zgodzie z rachunkiem ekonomicznym należy rzekomo zawsze wybierać te rozwiązania, które przynoszą spodziewany efekt najmniejszym nakładem środków. Tymczasem żaden ekonomista, z jakiegokolwiek nurtu, nie zaproponuje tego drugiego rozwiązania. Każdy z nich będzie się niemu przeciwstawiał w oparciu o wyznawane przez siebie zasady i wartości. Ekonomia bowiem dostarcza narzędzia i rożne drogi rozwiązań wraz z szczegółową analizą kosztów i zysków, ale decyzja należy do ludzi. To oni w oparciu o systemy wartości decydują o wyborze celów i środków. Tą prawdę bardzo dobrze wydają się rozumieć wszyscy, w tym autorzy Encyklopedii PWN, którzy piszą tak o ekonomii:
U podstaw wszystkich teorii ekonomicznych leżą przyjęte przez ich twórców- świadomie bądź nieświadomie-hierarchie wartości. Są one zróżnicowane ze względu na poglądy społeczne i polityczne, przekonania religijne, preferowane cele gospodarowania. Czynnik ten jest niekiedy trudny do zidentyfikowania, gdyż teoretycy często dążą do prezentowania swych prac jako obiektywnych i świadomie pomijają leżące u ich podstaw założenia i sądy wartościujące”. Ekonomię można generalnie podzielić na dwa filary. Ekonomia pozytywna, tj. opisowo-wyjaśniająca ustala zespół twierdzeń, jak działa gospodarka. Z kolei ekonomia normatywna odpowiada na pytanie, jak należy działać, aby osiągnąć dane cele. Lecz ani pierwsza, ani druga nie wyznacza celów, bo te są domeną polityki. Obie nie są także w stanie wyrwać się z związku z uznawaną przez siebie filozofią człowieka i społeczeństwa. Wszyscy wydają się rozumieć te prawdy, poza rodzimymi liberałami, którzy swoje pomysły próbują postawić na piedestale ponadkulturowej i ponadczasowej teorii wszystkiego. Jeśli do kogokolwiek pasują słowa o sekciarstwie, to z całą pewnością do liberałów.

Źrodła:
  1. artykuł Grzegorz Wójtowicza, Andrzeja Rzońca w Gazecie Wyborczej z dn. 05.06.2005 pt "NBP nauczy cię ekonomii
  2. artykuł Witolda Gadomskiego w Gazecie Wyborczej z dn. 29.05.2005 pt Lewica ma kłopot z ekonomią"


Data publikacji: 15.06.2005