Czy rynek może zbawić Polskę?

Oglądając telewizję, słuchając radia, czytając prasę czy przeglądając wpisy na internetowych forach dyskusyjnych nieraz robi się przykro, że obecne jest tak niewiele empatii, tyle podłości, wręcz nienawiści do osób słabiej sytuowanych. Nawet najprostsze kultury (tzw. prymitywne) pomagają słabszym lub skrzywdzonym przez los członkom społeczności, a tymczasem u nas promuje się ultraliberalizm w jego najbardziej wulgarnej antyhumanitarnej formie.

Widziałem wiele publikacji wychwalających gospodarkę wolnorynkową jako panaceum na wszystkie nasze społeczno-gospodarcze bolączki, w tym na bezrobocie. Wiele z nich to sofizmatyczne tyrady pełne efektownych anegdot, błyskotliwych powiedzonek, które wszakże nie dają żadnych sensownych odpowiedzi na trapiące nas problemy. Dlatego postanowiłem sam co nieco napisać.

Często, chyba zbyt często spotykamy się z wypowiedziami, które można streścić do zawołań: "do roboty darmozjady!", "nie chcę dzielić się swoimi pieniędzmi z leniami" oraz "wolny rynek oparty o firmy prywatne działa wszędzie i zawsze!". Wszyscy ci krzykacze zapominają, że każdy system gospodarczy ma swoje wymagania i warunki, które muszą zostać spełnione, by mógł sprawnie funkcjonować. Nie będę się rozpisywał o nich wszystkich, bo zrobiłaby się dysertacja doktorska, a nie oto chodzi.
Działania firm na poziomie mikro wywierają skutki na poziom makro (poziom gospodarki narodowej), a tenże ostatni wstecznie oddziałuje na poziom mikro (a więc poziom firm i ludzi). Wychodzę z założenia, że jeżeli rynek (czyli przedsiębiorstwa) nie są w stanie w elementarnym stopniu zapewnić źródeł utrzymania ludności to jest tutaj pole dla działań społecznych (w tym państwowych pod postacią samorządów i rządu).
Ktoś powie, że prywatna firma zrobi to zawsze lepiej niż wspomniany samorząd. Jest tylko jeden problem: jeśli do tej pory te prywatne firmy nie spełniły społecznych oczekiwań (np jest 40% bezrobocia), to nie ma co liczyć, że zrobią to w niedalekiej przyszłości. Firma prywatna nie powstaje po to, by dać zatrudnienie, lecz by przynosić zysk właścicielowi. Lecz by mogła działać musi funkcjonować przynajmniej rynek konsumencki. Tak się akurat składa, że ponad 90% funkcjonujących firm (u nas, ale i nie tylko) koncentruje się na rynku lokalnym. Dzieje się to z różnych powodów, m.in. dlatego że bardzo trudno jest kooperować z dalekim odbiorcą, klientem, większe jest ryzyko finansowe (łatwiejsze wyłudzenie itp.) Jeśli rynek lokalny jest biedny, to i firmy są biedne; dają niskie płace, niskie zatrudnienie i tak się tworzy błędne koło. Można by zatem powiedzieć, niech ściągną inwestorów zewnętrznych, zagranicznych. Problem w tym, że od 70 do 90% wartości ogółu inwestycji jest inwestowane w krajach bogatych oraz w regionach bogatych. Ten trend jest szczególnie widoczny w Polsce.
W rynkowych gospodarkach otwartych (co ukazuje statystyka gospodarcza) miejscowości poniżej pewnej liczby mieszkańców napotykają na niezliczone bariery rozwojowe. Próg w ten na przestrzeni czasu i w zależności od stopnia otwarcia gospodarki, stopnia rozwoju regionów sąsiednich się zmienia. W przypadku Polski statystycznie wynosi on ok. 100 tys. mieszkańców. Zdecydowana większość miejscowości o mniejszej populacji się nie rozwija. Są nieliczne wyjątki, głównie w województwie świętokrzyskim. Dlaczego tak się dzieje?

Oto szereg wybranych przyczyn, dla których inwestycje zewnętrzne lokują się w dużych zamożnych miastach i regionach (cytat z mojego opracowania pt."Dlaczego Polska jest biedna a Zachód bogaty?")

  1. Aglomeracje miejskie, to zazwyczaj także ośrodki naukowo-akademickie, z dobrze rozwiniętym zapleczem naukowo-technicznym i dużym odsetkiem wykwalifikowanej kadry pracowników. Kwalifikowana siła robocza daje podstawy do tworzenia inwestycji w przemysł nowoczesnych technologii, który daje najwyższą stopę zysku.
  2. Duże miasta, a tym bardziej aglomeracje, to bogaty i liczny rynek konsumencki zgromadzony na stosunkowo niewielkiej przestrzeni. To sprawia, że koszty jednostkowe dotarcia z towarem do klienta są niższe niż w przypadku małych miejscowości. Co więcej, liczny rynek konsumencki stwarza możliwość sprzedaży towarów i usług, które mają ograniczony krąg odbiorców. Na przykład w Warszawie (miasto liczące 1,6 mln mieszkańców) istnieją zakłady świadczące usługi fryzjerskie i masaże dla zwierząt. Dla funkcjonowania takiej firmy wystarczy, że w miesiącu 1 na 10000 dorosłych mieszkańców przyprowadzi tam zwierzaka, co w przypadku Warszawy daje ok. 123 klientów. W przypadku małej miejscowości (np. miasta 50 tysięcznego) analogiczna usługa mogłaby znaleźć co najwyżej 4 klientów, co nie wystarcza do uzyskania rentowności. Zatem przedsiębiorstwa w małych miejscowościach napotykają poważne bariery ze strony niedostatecznej ilości klientów, co z kolei przekłada się na "niedozatrudnienie" (bezrobocie). Bezrobocie z kolei uszczupla zasobność rodzin i ogranicza liczbę aktywnych klientów. Tak oto uzyskaliśmy wgląd w jedno z kolejnych błędnych kół hamujących rozwój małych miejscowości. Bariera niedostatecznego popytu jest rzadkim zjawiskiem w dużych ośrodkach, dlatego firmy w przeważającym wypadku lokują się właśnie w wielkich miastach.
  3. Aglomeracje miejskie dysponują bogatą gotową infrastrukturą transportową, komunikacyjną, techniczną (woda, energia elektryczna, gaz), teletechniczną i teleinformatyczną. Ich istnienie obniża koszty inwestycji. Małe miejscowości nie mogą stawać w szranki z dużymi. Bogata infrastruktura wynika z możliwości finansowych dużych miast. Wielu mieszkańców i duża liczba podmiotów gospodarczych zasila kasę miasta, które następnie może podjąć się budowy wymienionej infrastruktury. W przypadku małych miejscowości dochody budżetowe najczęściej nie wystarczają na bezpośrednie finansowanie takich inwestycji, a nierzadko nie mogą stanowić nawet zabezpieczenia pod kredyt na ten cel. W takich mieścinach sytuacja jest patowa.
  4. Duże miasta dysponując sporymi środkami do realizacji na szeroką skalę inwestycji publicznych, najczęściej infrastrukturalnych, stwarzają dodatkowy popyt dla lokalnych przedsiębiorstw, dając szansę utworzenia i utrzymania dodatkowych miejsc pracy.
  5. W aglomeracjach miejskich istnieje stosunkowo duża ilość podmiotów gospodarczych (firm), co daje szeroki wybór i dogodne warunki do korzystnego doboru kontrahenta, np. dostawcy materiałów czy podwykonawcy. W małych miejscowościach liczba przedsiębiorstw jest niewielka, a zdarza się, że firm dostarczających określonych towarów i usług w ogóle nie ma. Ma to także swoje reperkusje dla "rynku" pracy. W dużych miastach, obfitość firm daje szeroki wybór ofert pracy i jest podstawowym warunkiem jego funkcjonowania. W małych miejscowościach firm jest mało, oferta skromna, a przez to "rynek" pracy nie funkcjonuje. W polskich warunkach zdarza się, że w niewielkich miejscowościach nie ma ani jednego przedsiębiorstwa.
  6. Duże ośrodki to także siedziby ambasad obcych państw oraz miejsca organizowania targów. Obie instytucje są naturalnym środkiem do nawiązywania kontaktów międzynarodowych, co ma znaczenie dla rozwoju w przypadku gospodarki otwartej.
  7. Duże aglomeracje miejskie, zwłaszcza stolice regionów, to ośrodki administracji publicznej; powiatowej, wojewódzkiej, rządowej. Stwarza do korzystne warunki do załatwianie wszelkich niezbędnych formalności czy wzięcie udziału w przetargach na miejscu, bez potrzeby jeżdżenia do odległych miejscowości i tym samym straty czasu oraz wzrostu kosztów obsługi administracyjnej. Administracja publiczna na swoje funkcjonowanie zużywa pewne dobra (towary i usługi), które zakupuje najczęściej na lokalnym rynku. Urzędnik państwowy jest pracownikiem, który za swą pracę otrzymuje wynagrodzenie. Najczęściej wydaje on te pieniądze na terenie miasta, gdzie pracuje. Zatem administracja państwowa stanowi dwutorowe źródło popytu dla lokalnych przedsiębiorstw; raz - poprzez zamówienia i inwestycje publiczne, dwa - poprzez urzędnika jako klienta. Jak wielki może być wpływ administracji na rozwój lokalny może dać nam wyobrażenie skala armii urzędniczej. Administracja waszyngtońska liczy sobie "jedynie" 600 tys. pracowników. Taka armia ludzi całkowicie może zaspokoić potrzeby kilku tysięcy firm i dać możliwość zarobkowania ok. 230 tysiącom pracowników. Nie należy z tej prawidłowości wyciągać wniosku, iż im liczniejsza jest administracja, tym lepiej dla rozwoju. Nadmierny rozrost biurokracji zamiast pomagać stwarza bariery rozwojowe. Prawidłowość ta ogranicza się w zasadzie do miejscowości, w których funkcjonuje administracja rządowa.

Tak więc, inwestor zewnętrzny nie inwestuje w biedny region, właśnie dlatego, że ten region jest biedny, a przez to niekorzystny dla działalności i sprzedaży. Jednocześnie region pozostaje biedny i z dużym bezrobociem, bo nie może znaleźć prywatnego inwestora zewnętrznego. Tak się niestety dzieje w gospodarce wolnorynkowej opartej tylko o własność prywatną.

W Polsce w średnich i dużych miastach (o liczbie mieszkańców powyżej 100 tys.) mieszka zaledwie 11,4 mln osób, co stanowi niecałe 30% ogółu ludności kraju. Co więcej aż 9,1 mln mieszka w mieścinach o liczbie mieszkańców poniżej 50 tys. Ogółem aż 62% ludności mieszka w małych miejscowościach (miasto i wieś) poniżej 50 tys. mieszkańców. W świetle tych danych i nakreślonych prawidłowości rozwoju staje się jasne, że bez państwowego programu rozwoju, bez masowego przemieszczenia ludności (co jest nierealne) rozwój gospodarczo-społeczny Polski w ramach gospodarki wolnorynkowej będzie bardzo powolny (jako całości, lecz nie pojedynczych miast np. Warszawy). Na Zachodzie z powodzeniem wykorzystuje się zdobycze planowania indykatywnego, parametrycznego, posługując się chociażby analizą input-output Leontiefa. Do tworzenia i realizacji programów, planów służą instytucje zwane ogólnie "think tank" lub "think factory". Jeśli pozwoli czas, w drugiej części artykułu przybliżę szczegóły udanych projektów rewitalizacji podupadłych miejscowości na Zachodzie.

Pozwolę sobie na zakończenie przytoczyć parę myśli z zakresu teorii ekonomii*.

W latach 50. teoria niedorozwoju praktycznie nie istniała. W powszechnym przekonaniu ekonomistów funkcjonował mit, że kraje słabo rozwinięte cierpią przede wszystkim na brak kapitału. Wystarczy go zatem dostarczyć w dostatecznych ilościach (np. z krajów uprzemysłowionych), aby zaowocowało to przyrostem dochodu narodowego i wejściem na drogę samoczynnego rozwoju. Statystyka gospodarcza rozbiła ten mit w drobny pył. Tuż pod koniec lat 50. pojawia się nowa teoria. Jej twórcą był wybitna ekonomista, laureat nagrody Nobla, Gunnar Myrdal. Najważniejszą pracą Myrdala w tym temacie to ksiązka z 1957 r. "Teoria ekonomii a kraje zacofane", a także praca z 1968r "Dramat azjatycki" oraz jej kontynuacja z 1970r "Przeciw nędzy na świecie. Zarys światowego programu walki z nędzą". Zwraca on uwagę na występowanie istotnych jakościowych różnic w warunkach rozwoju obecnych krajów słabo rozwiniętych w porównaniu z warunkami, w jakich w XIX w. odbywał się rozwój dzisiejszych krajów zaawansowanych gospodarczo. Odmienność sytuacji, w jakiej znajdują się współcześnie kraje słabo rozwinięte, nakazuje wypracowanie adekwatnych (tj. odrębnych) do niej metod i narzędzi badawczych. Tymczasem w większości badań nad niedorozwojem prowadzonych na Zachodzie modele rozwoju powstałe w krajach gospodarczo zaawansowanych, a także ich wyniki, są bezpośrednio stosowane w analizach dotyczących krajów słabo rozwiniętych, co uważa on za błąd metodologiczny. Poddaje ostrej krytyce "jednowymiarowe" modele rozwoju, np. typu Domara-Harroda, jako zupełnie nieprzydatne do analizy zjawiska zacofania gospodarczego. Główną słabością tych modeli jest oparcie rozumowania na kategoriach czysto ekonomicznych i operowanie dużymi agregatami, takimi jak: zatrudnienie i bezrobocie, oszczędności, inwestycje i produkcja oraz podaż, popyt, ceny, relacje kapitał-produkt i kapitał-praca. Myrdal atakuje nieprzystające do rzeczywistości fałszywe założenie, że w krajach słabo rozwiniętych istnieje rynek w takim sensie i postaci jak w krajach uprzemysłowionych. Założenie to kompletnie pomija istniejące tam stosunki społeczne, postawy i instytucje oraz pomija to, co - zdaniem Myrdala - ma zasadnicze znaczenie: niski poziom zycia ludności i jej chroniczne niedożywienie, które jest główną przyczyną niskiej wydajności pracy.

W naszym kraju, niestety, sytuacja zaczyna upodabniać się do wolnorynkowych krajów Trzeciego Świata. Bez silnego zaangażowania się samorządu, a gdzie gmina jest za słaba ekonomicznie, władz wojewódzkich, państwowych, nie można liczyć na rozwój, a więc w konsekwencji redukcję bezrobocia i biedy. Nie chodzi tu o pseudo zaangażowanie w budowę infrastruktury drogowej, bo kto ją utrzyma; jest mnóstwo miast na głównych drogach krajowych (choćby te na "gierkówce"), które popadają w ruinę ekonomiczną i społeczną. Powody podałem właśnie w tekście. Rynek w takich miejscowościach przy narzuconych z zewnątrz globalnych cenach nie jest w stanie praktycznie w ogóle funkcjonować; nie ma właściwego obrotu, nie ma zysków (a więc oszczędności i inwestycji), nie ma dochodów, nie ma wpływów z podatków na cele społeczności (np. szkoły, przedszkola, ulice itp), nie ma na inwestycje prorozwojowe.

W tej sytuacji liczenie na skuteczność większego "uwolnienia" gospodarki w znaczeniu liberalnym, jest nie tyle wyrazem ignorancji, co przejawem religianctwa. Ci, którzy za tym optują, czynią sobie z doktryny liberalnego nurtu przedmiot na wpół religijnego kultu.

* Główne wątki zaczerpnąłem z pracy pod red. Matkowskiego "Laureaci nagrody Nobla w dziedzinie ekonomii", PWN 1991

Data publikacji na stronie domowej: 12.10.2003
Data publikacji na lewica.pl: 17.08.2003