W szponach współczesnej propagandy

Kościół Katolicki i jego położenie w PRL

Przekaz medialny nt sytuacji KK w okresie PRL wzbudza nieodparte wrażenie niewyobrażalnie wielkich represji, jakim rzekomo miał zostać poddany kościół w minionym ustroju. Skutecznie wspierają to dzieło materiały ideologiczne IPN, a autorzy nowych podręczników do historii także nie pozostają w tyle.

Sądzę, że doczekamy się, gdy gazety na napiszą, jak to w okresie polskiego "komunizmu" mury kościołów otaczały zasieki z drutu kolczastego z gniazdami karabinów maszynowych, a przydrożne figury świętych zdejmowano lub wysadzano w powietrze. Za ochrzczenie dziecka wysyłano do kamieniołomów na 10 lat bez prawa przepustki i pisania listów. Młodzi aktywiści w czerwonych chustach węszyli po domach i rozstrzeliwali każdego, kto miał krzyż lub obrazy świętych. Księżom i zakonnikom rekwirowano sutanny i habity, a noworodkom tatuowano na pośladkach czerwoną gwiazdę, sierp i młot. Bohaterscy katecheci nauczali w katakumbach religii.

Przedstawiony wyżej obraz, to oczywiście groteska, lecz współczesnemu przekazowi historycznemu niewiele do niego brakuje. Przyjrzyjmy się kilku argumentom bliżej.

Powszechnym zarzutem stawianym władzom PRL jest utrudnianie codziennego życia religijnego. Rzekomo notorycznie nie wydawano zgody na pielgrzymki, procesje Bożego Ciała, jarmarki, i odpusty. Jeśli tak było, to należy się odwłoać do pamięci i zapytać, co robiły te miliony ludzi na drogach i ulicach rok w rok w czasie świąt kościelnych przez praktycznie cały okres Polski Ludowej. Dlaczego największe święta kościelne były dniami wolnymi od pracy i nauki? Dlaczego w latach 80. na falach Polskiego Radia emitowano co niedzielę msze i nabożeństwa? Po co wspominać, że wydawana była prasa chrześcijańska, jak np. Niedziela, Tygodnik Powszechny, Gość Niedzielny, Chrześcijanin itd. Inny zarzut, to brak pozwoleń na budowę obiektów sakralnych i celowe utrudnianie w zdobyciu materiałów budowlanych. Czytelnik musi wszkaże wiedzieć, że wszystkie nieuspołecznione podmioty były obsługiwane poza planem, w drugiej kolejności, co nastręczało im problemy w zdobyciu potrzebnych materiałów budowlnaych. Nie przeszkodziło to wszak wybudować kilka tysięcy obiektów sakralnych.

Kolejne zarzuty najczęściej dotyczą stosunku państwa do religii. Jak pisze historyk Tusiewicz w swym podręczniku szkolnym "komunizm walczył z Kościołem forsując światopogląd naukowy". Służyło temu cały szereg przedsięwzięć, jak nauczanie religii poza szkołą w przykościelnych punktach katechetycznych. Nikt nawet nie bąknie, że działał wydział teologii katolickiej i ewangelickiej na Uniwersytecie Warszawskim czy Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie (od 1954). To nic, że w Belgii uczniowie mają prawo nauki religii, ale na koszt wspólnoty, a w Francji nauczanie odbywa się głównie poza siecią szkolną. Jak to rzecze owy historyk, wprowadzenie ślubów państwowych i rozwodów było osłabianiem pozycji kościoła. Nie szkodzi, że są one standardem praktycznie całego cywilizowanego świata. Zerwanie konkordatu było "represją wymierzoną w Watykan". Oczywiście znowóż nic nie szkodzi, że przed II wojną światową państwo płaciło na rzecz KK "odszkodowania" za straty poniesione przezeń w okresie zaborów (sic!). Z kolei pan Kamiński (Collegium Iuridicum, Pożnań) pisze, że wprowadzenie nakazu ścisłego zarachowania przepływów finansowych i inwentarza było "skrajnym przykładem wykorzystywania prawa podatkowego do represjonowania Kościoła". Znów nikt nie zauważa, że dziś na organizacjach społecznych i charytatywnych ciąży obowiązek prowadzenia pełnej księgowości. Kolejne skargi dotyczą wpływu urzędników państwowych na obsadę stanowisk kościelnych. Szkoda, że owi oskarżyciele nie wiedzą albo zapominają o europejskich rozwiązaniach. W Danii Ministerstwo ds. Kościelnych mianuje proboszczów i rekomenduje królowej kandydatów na biskupów. W Wielkiej Brytanii królowa mianuje na wniosek premiera arcybiskupów, biskupów, dziekanów. W Hiszpanii i Portugalii władze świeckie mają prawo wniesienia skutecznego sprzeciwu wobec proponowanych przez Watykan krajowych nominacji biskupich. Tak więc to, co gdzie indziej jest normą, w przypadku PRL musi być uznane za wrogość, represje.

Odrębnym prawdziwym problemem jest inwigilacja struktur kościelnych oraz aresztowania, kary śmierci a nawet mordy na osobach duchownych. Zagadnienie to jest wyjątkowo złożone. Na pewno jednak nie wolno na karb represyjności PRLu wrzucać wszystkich niewyjaśnionych zaginięć i wypadków losowych. Rocznie w Polsce kilkadziesiąt tysięcy osób ginie bez śladu. Wiadomo, że spośród tych którzy się odnajdują, spora część (ponoć wg naukowców większość) cierpi na zaburzenie o nazwie fuga nerwicowa. Osoba dotknięta tą przypadłością, żyjąc w ciągłym przewlekłym stresie, w pewnym momencie opuszcza swój dom rodzinny, środowisko zawodowe udając się w nieznanym kierunku. Stanowi temu towarzyszy amnezja co do tego kim się było, jaką się posiada rodzinę, gdzie pracowało. Jest całkowitym nonsensem uważać, że kler jest wolny od tego typu przypadłości losowych i zaburzeń psychicznych. Statystycznie rzecz ujmując, rocznie "ma prawo" zaginąć lub doznać uszczerbku w wypadku ok. 40-90 osób duchownych.
Aresztowania osób duchownych wiązały się z ich działalnością polityczną nakierowaną na obalenie funkcjonującej władzy. Przykładem jest Jezuita, ks. Władysław Gurgacz z Zakopanego. W 1948 roku wiąże się z zbrojną organizacją polityczną - oddziałem Polskiej Podziemnej Armii Niepodległościowej. Tego roku episkopat mianuje go ogólnopolskim kapelanem podziemia. W roku następnym zostaje aresztowany i skazany na karę śmierci. Czy można oczekiwać od jakiejkolwiek władzy, czy to demokratycznej, autorytarnej czy tym bardziej totalitarnej, przyklaskiwania instytucji, która mianuje duchownych organizacji zbrojnych mordujących funkcjonariuszy państwowych i osoby cywilne? Nawet demokratyczne Stany Zjednoczone w całej swej powojennej historii mocno inwigilowały pokojowe organizacje religijne, polityczne oraz osoby prywatne, których celem byłą zmiana ustroju kapitalistycznego.

W oczach dzisiejszych "historyków" te postaci zginęły śmiercią męczeńską, są bohaterami tamtych dni. Usprawiedliwieniem, a nawet uświęceniem ich aktywności miało być to, że działały one przeciwko narzuconej, nielegalnej władzy. Kwestia legalności władzy, jak i legalności jej rozporządzeń wcale nie jest tak jednoznaczna. Zastanawia, dlaczego alianci wypowiedzieli uznanie rządowi londyńskiemu a przyznali akredytację strukturom w kraju. Siłą rzeczy, decyzje nielegalnych władz są bezprawne. Należałoby więc konsekwentnie uznać za samowole budowlane 10 mln mieszkań, kilka tysięcy budynków kościelnych i je zburzyć. KK musiałby oddać z odsetkami długi zdjęte z niego po wojnie. Musiałby oddać właścicielowi, tj. Kościołowi ewangelicko-augsburskiemu, świątynie z Ziem Zachodnich. Rzecz jasna, "przechrzczonych" niejako przymusowo na katolicyzm napływowych prawosławnych i protestantów należałoby "zwrócić" prawowitym instytucjom.

Represyjność Polski Ludowej względem polegała przede wszystkim na zerwaniu z państwem wyznaniowym, jakim była II RP. Kościół Rzymskokatolicki przed wojną cieszył się wyjątkową, nawet na kraje katolickie, uprzywilejowaną pozycją polityczną, prawną i finansową, a państwo podążało na jego sznurku. PRL to zmienił, przybliżając nas do standardów państwa świeckiego, co siłą rzeczy musiało być bardzo bolesnym ciosem dla samej instytucji i jej kapłanów. Był to burzliwy czas i nie uniknięto przy tym dramatów zawinionych i niezawinionych przez stronę kościelną i państwową. Po 1989 roku przywrócono w stosunkach państwo-kościół "normalność", która uczyniła z nas państwo na pół wyznaniowe, będące zarazem pośmiewiskiem nie tylko Europy, ale i dla samych obywateli Rzeczpospolitej z numerem już IV.

Data publikacji: 12.12.2006