IPN i aborcją się zajął

W połowie sierpnia 2006 r. sąd grocki wydał wyrok w sprawie zorganizowania ulicznej wystawy antyaborcyjnej w Białymstoku. O sprawie tej pisało wiele gazet. Przypomnę tylko, że choć kary nie wymierzono, to Łukasz Wróbel - jej organizator - został uznany winnym umieszczenia w miejscu publicznym treści nieprzyzwoitych.

Sprawa jest o tyle warta wspomnienia, że tuż przed wydaniem wyroku ukazało się wydanie 66. numeru biuletynu IPN. Zawarty w nim artykuł autorstwa historyka IPN Krzysztofa Lesiakowskiego dotyczył podobnej sprawy z okresu PRL, tyle że wtedy do prezentacji nie doszło, gdyż zapobiegły jej służby bezpieczeństwa. W wielkim skrócie tamta sprawa przedstawiała się następująco.
W pierwszej połowie lat 70. pracownik kurii pan Jan Kłys, który zajmował się duszpasterstwem rodzin, złożył zlecenie do Wytwórni Filmów Oświatowych na wykonanie przezroczy pokazujących w sposób dosadny proces przerywania ciąży. Na przeźroczach miały znaleźć się także zdjęcia płodu. Kłys, po dodaniu do przeźroczy komentarza słowno-muzycznego chciał posłużyć się tym materiałem do krytyki ustawy z 1956 r. o dopuszczalności przerywania ciąży na zorganizowanych w kościołach prelekcjach. Zapobiegło temu SB, wszczynając dochodzenie przeciwko p. Stanisławowi Banasiowi, który wykonał zamówienie oraz p. Kłysowi. Motywem podjęcia śledztwa była produkcja materiałów pornograficznych z zamiarem nawoływania do przeciwdziałania ustawie, za co groziła kara do dwóch lat więzienia. Śledztwo umorzono warunkowo, nakazując jednocześnie wpłatę w wysokości około jednego przeciętnego wynagrodzenia miesięcznego na rzecz Polskiego Komitetu Pomocy Społecznej. Obaj panowie odmówili zapłaty. Autorowi artykułu w biuletynie IPN nie udało się dociec dalszych ich losów.
W obu przypadkach mamy do czynienia z posłużeniem się drastycznymi środkami wyrazu o charakterze propagandowym w celu poszerzenia kręgu zwolenników dla surowej ustawy antyaborcyjnej. I w obu przypadkach państwo posłużyło się swoimi prawnymi instrumentami i instytucjami do utemperowania tej działalności. Niemniej, tylko w odniesieniu do PRLu uznaje się to działanie za nadużycie prawa i przykład jeszcze jednego sposobu represjonowania praworządnych obywateli przez "zbrodnicze instytucje totalitarnego państwa", jak określa współczesna nomenklatura system Polski Ludowej.

Szczególnie interesujące wydają się być wyłaniające się tezy oraz sam wydźwięk ipeenowskiego artykułu. Warto nadmienić, że biuletyn IPN jest ważnym materiałem dydaktycznym powszechnie używanym w szkolnictwie oraz stanowi jedno z zasadniczych źródeł wiedzy historycznej o tamtym okresie historycznym. Tymczasem, artykuł nie tylko przedstawia opisaną powyżej historię, ale podchodzi ideologicznie do kwestii aborcji. Czy oficjalny periodyk instytucji dochodzeniowo-naukowej powinien oprócz najświeższych ustaleń historycznych zawierać wynurzenia o charakterze polityczno-propagandowym?



Argumenty użyte w rzeczonym tekście nieraz są porażająco infantylne, a nawet niedorzeczne. Jeden z nich wskazuje, że ustawa o dostępie do aborcji z 1956 roku miała przyczynić się do rzekomo trwającego w PRL kryzysu demograficznego. Przez cały okres Polski Ludowej z roku na roku przybywało rocznie od 300 tys. do 500 tys. nowych obywateli. Były takie lata, gdy urodzenia nad zgonami przeważały w ilości ponad 700 tysięcy. Liczba ludności z 23,6 mln w 1946 roku zwiększyła się do 38 mln w 1989 roku. To prawda, że po fali wzrostu dekady lat 50. gdy przybyło nas 4,8 mln. pojawiły się "chude" lata 60. Trudno jednak nie zauważyć, że przy niedostatku materialnym, wyniszczeniu biologicznym w okresie II RP i wojny, kobiety nie mogły rodzić w nieskończoność coraz to nowych osesków. Dopiero pokolenie zrodzone w latach 50. dało wtórny wyż demograficzny dekady lat 70. i na początku lat 80, niejako wbrew twierdzeniom episkopatu i p. Lesiakowskiego. Od dobrych bodaj dziesięciu lat mamy nową znacznie zaostrzoną ustawę a przyrost naturalny spadł do niespotykanego dotąd poziomu i jest ujemny. W całej dekadzie lat 90. przybyło niecałe pół miliona Polaków czyli pięciokrotnie mniej niż w dekadzie lat 80. Przy czym należy dodać, że większa część przypada na pierwsze lata tuż po socjalizmie. Poproszony o ustosunkowanie się do tego argumentu p. Lesiakowski odmówił komentarza, stwierdzając, że pisał artykuł z pozycji historyka i nie będzie komentować bieżących zagadnień.

Podobnie niskiej merytorycznie jakości są twierdzenia, że ustawa spowodowała "żywiołowy, niekontrolowany wzrost tego rodzaju zabiegów". Nikt nie znał i nie zna prawdziwej skali zjawiska w szarej strefie. Nie można więc nic powiedzieć pewnego o skali zjawiska przed zadziałaniem ustawy. Tym bardziej nie można określić dynamiki samego zjawiska. Jedno jest pewne. Ustawa umożliwiła dokonanie zabiegu przerwania ciąży w warunkach zabezpieczających zdrowie kobiety, czego nie można powiedzieć o aborcji dokonywanej w nieprzystosowanych. nie wyposażonych gabinetach czy wręcz dokonywanej w zaciszu domowym.

Na sam koniec historyk IPN konkluduje, że nawet "przeźrocza mogły być traktowane jako zamach na porządek prawny". Tyle, że te przeźrocza wyraźnie miały skłaniać do zaniechania wykonywania obowiązującego prawa, a i stanowiły, nawet w świetle dzisiejszego rozumienia sprawy, materiał nieprzyzwoity. Nawiasem mówiąc, na usta ciśnie się tu też pytanie, czy współczesne hordy prawników w prywatnych kancelariach doradzające za grube pieniądze, jak obchodzić obowiązujące prawo, nie podważają czasem porządku i autorytetu prawa Rzeczpospolitej? Czy w ten sposób nie prowadzą sabotażu państwa, gospodarki i ustroju? To, że III RP pozwala na takie działanie wcale nie czyni jej lepszej od poprzedniego ustroju. Wręcz przeciwnie!

Czytając materiały IPN można odnieść wrażenie, że są one zbierane pod z góry postawioną tezę. Mianowicie, wszystkie poczynania socjalistycznego aparatu państwowego, niezależnie od umocowania prawnego i uzasadnienia etycznego, zawsze miałyby rzekomo na celu gnębienie obywateli. Jeśli taki tryb prowadzenia prac badawczych ma faktycznie miejsce, to rzucałby on bardzo negatywne światło na wyniki badań instytutu. Dowodziłby bowiem stronniczości prowadzących. Profesjonalnego historyka powinien cechować dystans do badanego przedmiotu, a wnioski powinny być wyprowadzone na podstawie zgromadzonego materiału, nigdy odwrotnie.

Tymczasem w materiałach edukacyjnych i publicystycznych IPN znajdujemy tezy o jednym, łatwo przewidywalnym kierunku bez nakreślonego tła kulturowego, społecznego. Co rusz natknąć się można na wynurzenia o charakterze ideologiczno-politycznym. Siłę sugestii tych materiałów zwiększa używane specyficzne słownictwo głęboko nacechowane pejoratywnie. I to wszystko za nasze, tj. publiczne pieniądze. Wygląda na to, że w oficjalnym piśmie Instytutu Pamięci Narodowej mogą ukazywać się również nielogiczne i nieprawdziwe tezy, byleby były zgodne z obecnie obowiązującym światopoglądem i wizją historii.

Gdy uchwalono ustawę o IPN, byłem jednym z tych, którzy w swej relacji prasowej, przyklasnęli temu przedsięwzięciu. Niestety, niefortunny wybór kadr doprowadził do przeobrażenia jej w tubę propagandową prawicy. Od 1990 roku prawica - na wzór sławetnych historyków z pierwszych lat PRLu - zapragnęła przerobić i zawłaszczyć dla siebie powojenną historię Polski. Na naszych oczach rozgrywa się walka o "rząd dusz" przy użyciu niewybrednych środków.

Data publikacji: 12.12.2006